Kilka dni później
- Harry, kochaneczku, jak to
dobrze, że jesteś – nikły, lecz szczery uśmiech zagościł na twarzy pani
Weasley.
- Cieszę się, że panią widzę -
wydusił z siebie powitanie, zamknięty w żelaznym, matczynym uścisku.
- No, mam tylko nadzieję, że nie
czmychnąłeś chyłkiem z Munga? – łypnęła na niego podejrzliwie. Harry poczuł się
przygwożdżony tym spojrzeniem.
- Skądże pani Weasley, właśnie
mnie wypuścili - skłamał gładko, sprawdzając w torbie, czy aby na pewno
dobrze schował w niej pelerynę swego przodka – Ignotusa Peverella. Było to
jedno z dwóch insygniów śmierci, pozostałych mu po drugiej bitwie o
Hogwart, która miała miejsce zaledwie kilka dni temu. Nadal nie mógł uwierzyć,
że to już koniec, że Voldemort został pokonany, a on, Harry, żyje i nareszcie
jest wolny.
- Twoje miejsce jest na początku,
pierwsze z prawej strony - pani Wesley wyrwała go z zamyślenia, wskazując ręką
w kierunku równo ustawionych rzędów krzeseł.
Dopiero teraz,
gdy minęła go nadal uśmiechając się blado, Harry dostrzegł, że nie jest już tą
samą kobietą co dawniej. Była szczuplejsza, przygarbiona, a w jej podkrążonych
oczach nie tliły się już wesołe iskierki, z którymi tak bardzo mu się
kojarzyła. Wiedział co prawda, że w ciągu tego roku musiała zmierzyć się z
wieloma problemami, ugryzieniem Billa, utratą pracy przez pana Wesleya i koniecznością
ucieczki z własnego domu oraz nieustającą obawą o najmłodszego z synów,
pozostającego na niebezpiecznej, tajnej misji. Jednakże, jeszcze klika dni
temu, kiedy widział ją w Pokoju Życzeń, nie sprawiała wrażenia aż tak
wyniszocznej i zapadniętej w sobie. Zupełnie jakby w ciągu tych kilku dni,
podczas których jej nie widział, postarzała się o jakieś 30 lat.
Chyba nawet w tym starym żółwiu, ciotce
Muriel, było więcej życia niż w niej – pomyślał Harry patrząc jak ciotka
Rona przepycha się na przód, wśród tłumu zgromadzonych żałobników, wyklinając
ich głośno i domagając się wygodniejszego krzesła dla swoich „biednych, starych
członków”.
Harrym widok Molly wstrząsnął tak, że aż łzy
mimowolnie cisnęły mu się w oczy, a wyrzuty sumienia po śmierci Freda na nowo odżyły.
Jak mógł się cieszyć z wygrania wojny, jeśli
jego przyjaciele stracili życie? Czy gdyby zrobił coś inaczej, Wesleyowie byli
by tu dziś wszyscy razem, a wraz z nimi Tonks i Lupin. Wtedy, mały Teddy nie
byłby sierotą, skazaną na dorastanie bez rodziców, tak jak on – pomyślał
Harry, obserwując Andromedę niosącą na rękach małego, śpiącego chłopca, którym
bez wątpienia był jego przyszły chrześniak.
Harry zmierzał
na swoje miejsce, stąpając po miękkim dywanie, stworzonym z dziwnych, czerwonych
roślin, których nazwę znał pewnie tylko Neville z jego drygiem do zielarstwa.
Dokoła niego stały przyozdobione białymi wstążkami i liliami krzesła, prowadzące
do małego podium, u szczycie którego stała już profesor McGonagall wraz ze
świeżo mianowanym ministrem magii. Właściwie wszystko oprócz wspomnianego
dywanu wydawało się tonąć w bieli. Nawet płyty nagrobne wykonano na podobieństwo
tego, pod którym spoczywało ciało Dumbledore’a, z lśniącego, białego marmuru,
poprzetykanego gdzieniegdzie kremowymi żyłkami. Popołudnie było pochmurne,
tylko w kilku miejscach promienie słońca zdołały przedostać się przez grubą
pokrywę chmur. Powoli ściemniało się i robiło coraz chłodniej, a w powietrzu
czuć było burzę. Aura zdawała się odzwierciedlać ponure nastroje żałobników.
Zaledwie usiadł
a profesor McGonnall zaczęła mówić cichym, przejmującym głosem. W swojej
krótkiej przemowie zdołała zawrzeć prawdę o życiu poległych bohaterów, oraz czynach,
których podczas niego dokonali, niczego nie ubarwiając. Było to zupełnie różne
od tego, co zaprezentował Kingsley, wtrącający co i rusz kwieciste epitety i
pompatyczne historyjki, które pomimo podniosłości chwili, zdołały zamienić
pochlipywania niektórych uczestników, w ciche pochrapywanie.
Po zakończeniu
ceremonii, złożeniu wieńców na mogiłach poległych i kondolencji ich rodzinom
i przyjaciołom, większość zebranych zaczęła rozchodzić się do swoich
domów. Korzystając z chwili zamieszania, Harry odszukał Rona i Hermionę, którzy
siedzieli z resztą Wesleyów w przeciwnym rzędzie krzeseł i odciągnął ich w
stronę opiekunki Gryffindoru. Już wcześniej ustalili, że będzie to najlepszy
moment, aby bezpiecznie złożyć różdżkę z Czarnego Bzu w objęciach jej poprzedniego
właściciela.
- Pani profesor? – zaczęła
Hermiona.
- Panna Granger, panie Potter, panie
Weasley dobrze was widzieć całych i zdrowych. Aż szkoda,
że profesor Dumbledore tego nie doczekał. Byłby z was taki dumny. To jak
poradziliście sobie z tymi wszystkimi Horkruksami było…
- Pani profesor, bo my właśnie w
tej sprawie – zaczął Ron.
- No nie do końca Ronaldzie, my w
sprawie Insygniów Śmierci – wtrąciła Hermiona
- Dobrze wiesz o co mi chodziło,
nie musisz się tak wymądrzać – przerwał jej Ron, po czym kontynuował. - Tak
właściwie to profesor Dumbledore mógłby nas jeszcze „zobaczyć”.
- Ron!
- No wiecie, nie tak dosłownie,
ale skoro chcemy to zostawić w jego trumnie, to bliżej niego już się chyba nie
da być?
- Ron, jesteś okropny, przepraszam
za niego Pani profesor, ten oszołamiacz od Dołohowa musiał zaszkodzić mu
bardziej niż nam się początkowo wydawało.
- No mam nadzieję, bo z tego co
mówi pan Weasley, zamierzacie sprofanować grób dyrektora, a to przecież
karygodne.
- No… - podjął Harry – właściwie to
tak… to właśnie chcemy zrobić… Jestem przekonany, że dyrektor zgodziłby się na
to, gdyby tylko miał szansę. – dodał szybko, kiedy zobaczył, że McGonagall
chciała mu przerwać. - Chcę oddać mu różdżkę,
tę z Czarnego Bzu, którą ukradł Voldemort. Powinna spoczywać razem z nim.
- Potter, to bardzo szlachetne z
twojej strony, ale do prawdy, nie widzę większego sensu, żeby ponownie otwierać
grób profesora.
- Ale Pani dyrektor, pani nie
rozumie. Ta różdżka, to nie jest zwykła różdżka, to Berło Śmierci, to samo o
którym krążą legendy.
- Jeśli to prawda, to różdżka
należy obecnie do ciebie, dlaczego chcesz ją oddać?
- Żeby straciła moc, żeby nikt więcej
nie musiał przez nią ginąć… Zrobimy to z Pani zgodą lub bez.
- Niech mnie Potter, jesteś już
drugą osobą, która stawia mi ultimatum w ostatnim czasie. A ja bardzo tego nie
lubię.
- Przykro nam profesor
McGonagall, ale naprawdę nie mamy innego wyjścia. – Hermiona jako jedyna
sprawiała wrażenie, że jest jej przykro.
- No dobrze, ale nie teraz. To
nie jest najlepszy czas, jeśli chcesz, aby nikt o niej nie wiedział, lepiej
będzie zrobić to w nocy, kiedy nie będzie tu już nikogo. Do tego czasu możecie
zostać w pokoju wspólnym Ślizgonów – lochy to chyba jedyna całkowicie
niezniszczona część zamku. – powiedziała, po czym pożegnała się i oddaliła w
stronę pozostałych nauczycieli.
Harry, Ron i
Hermiona wrócili do reszty Wesleyów, zgromadzonych przy grobie Freda. Molly
stanowczo zabroniła im zostać w Hogwarcie. Chciała, aby wszyscy pomogli w
przeprowadzce do ciotki Muriel. Chociaż Harry podejrzewał, że wolała po prostu
mieć wszystkich przy sobie, dopilnować,
żeby nic im się nie stało, zwłaszcza, że szkoła nie stanowiła już bezpiecznego
schronienia. Nie udało jej się ich jednak przekonać. W końcu stanęło na tym, że
Ron wrócił z rodziną do domu, a Harry i Hermiona zostali, mieli jednak
zamieszkać w Hogsmeade.
***********
Było już
bardzo późno, kiedy wracali w nocy z Hogwartu. Cały ten dzień był dla Harry’ego
bardzo męczący. Najpierw ucieczka z Munga, potem pogrzeby, a na końcu jeszcze
to złożenie różdżki. Planował zrobić wszystko od razu, ale McGonagall miała
rację, ryzyko było zbyt duże. Nie zmieniało to jednak faktu, że przez to ten
dzień był jeszcze bardziej przygnębiający i trudny. Nie po raz pierwszy w życiu
miał ochotę się napić, za to po raz pierwszy mógł to zrobić. Był już
pełnoletni, nikt specjalnie nie nastawał na jego życie, nie było też „dorosłych”,
którzy mogliby na niego krzywo patrzeć. Poza tym perspektywa spania w wynajętym
pokoju niezbyt mu się uśmiechała, a było zbyt późno, aby pojawić się u
Weasleyów.
Powietrze
przeszył lodowaty podmuch wiatru, zmuszając przyjaciół do szczelnego opatulenia
się płaszczami i przyspieszenia kroku. Pomimo, że majowe wieczory w tej części
kraju zwykle nie bywały nazbyt ciepłe, to ten dzisiejszy stanowczo zaliczał się
do jednych z najchłodniejszych, jakie pamiętali.
- Hermino, co ty na to, żebyśmy
poszli do baru?
- Do baru? Zwariowałeś? Jest
pierwsza w nocy, Harry! Jutro mamy jechać na poszukiwania moich rodziców.
- Przecież nie mówię, że mamy
zalać się w trupa! To był po prostu ciężki wieczór.
- No nie wiem Harry…
- Nie daj się prosić. Co powiesz
na obrzydliwego?
- TEGO obrzydliwego? Masz na
myśli tę spelunę gorszą od świńskiego łba?!
- No tak, Obrzydliwego Goblina.
- Niech będzie- westchnęła
przeciągle- tam przynajmniej nie trafimy na nikogo znajomego.
- Przyznaj po prostu, że też
bardzo chcesz wychylić kieliszeczek Ognistej- zakpił Harry.
- Nie przeginaj bo zmienię
zdanie. Ale pospieszymy się, przemarzłam
na kość- jakby na potwierdzenie tych słów zerwał się ponowny poryw wiatru
mierzwiący jej kręcone włosy.
Teleportowali
się, żeby jak najszybciej znaleźć się w ciepłej izbie. Harry’emu było tak
spieszno, że po teleportacji wpadł wprost na drzwi karczmy. Dobrze, że Hermiona
złapała go w ostatniej chwili za kaptur, inaczej wyrżnąłby zębami o klamkę.
- Gdyby nie to, że nie potrafisz
latać, mogłabyś zostać szukającym. Niezły refleks- powiedział Harry gramoląc
się z kolan.
Gdy tylko
uchylił drzwi jęknął przeciągle. Nigdzie na zauważył wolnego stolika.
- Nie pozostaje nam nic innego
jak usiąść przy barze- stwierdziła zniechęcona Hermiona, przechodząc przez
zatłoczoną salę. Brzydziła się dotknąć czegokolwiek, wszędzie jak okiem sięgnąć
panował straszny brud, pajęczyny gościły w każdym kącie, a ułożone nierówno
szklanki były niedomyte i pokryte warstwą kurzu.
Harry zdawał
się nie zauważać syfu panującego w pomieszczeniu. Dziarsko podszedł do baru.
- Dwie ogniste z lodem proszę-
rzucił do barmana.
Hermiona
tymczasem zawiesiła swój kremowy płaszczyk na oparciu krzesła martwiąc się, czy
aby przypadkiem nie zostaną na nim trwałe plamy.
- O żesz kurwa, Granger, a co Ty
tu robisz do jasnej cholery? Zamknęli ci przed nosem Trzy Miotły? – usłyszała
znienawidzony, tak dobrze jej znany głos .
A już myślała, że to miejsce nie może być
gorsze. Najwidoczniej jednak była w błędzie, bo oto tuż obok niej, na sąsiednim
stołku, praktycznie leżał oparty o kontuar Draco Malfoy, we własnej, okropnej osobie! Co On tu robi?! –
pomyślała, - nie powinien siedzieć w
jakieś zatęchłej celi Azkabanu razem z mamuśką i tatuśkiem? Postanowiła go
zignorować.
- 15 sykli- mruknął barman,
stawiając przed nimi równie niedomyte szklanki.
- Harry! Mówiłam Ci, że chcę
kremowe piwo!- jęknęła niezadowolona Hermiona. Kątem oka dostrzegła wykrzywioną
pogardliwie twarz barmana.
- Miejscówkę może i zmieniłaś,
ale przyzwyczajenia wciąż te same, co, Granger?- zakpił Malfoy wymownie
spoglądając jej w oczy.
- Wypiłabym i 10 takich, gdybym
miała gwarancję, że stąd znikniesz. Albo
przynajmniej się zamkniesz.
-Wyczuwam zakład w powietrzu-
zaśmiał się pod nosem, wyobrażając sobie pijaną Gryfonkę.
- Daj spokój Hermiona, nie daj
się sprowokować. To tylko Malfoy.
- Jak możesz oczekiwać, że będę
spokojna, gdy siedzi koło mnie ta nędzna imitacja człowieka? – mówiąc to
łypnęła na blondyna z odrazą i wrogością.
Malfoy rzucił
jej jedynie spojrzenie pełne politowania.
- Czy wy, wielcy bohaterowie,
przez równie wielkie B, możecie choć raz wyluzować i najzwyczajniej w świecie
napić się, skoro już znaleźliście się w barze? – zrobił krótką przerwę, jakby
się nad czymś zastanawiając i kontynuował. – Nigdy nie sądziłem, że to powiem,
ale Potter, Granger, proponuję łyknąć sobie. Za koniec tej przeklętej wojny –
uniósł szklaneczkę w geście toastu i nie czekając wychylił zawartość.
- Niech stracę… Hermiono? –
odparł Harry wznosząc swoją.
Po chwili
zawahania Gryfonka sięgnęła po ognistą i niepewnie stuknęła w szklankę
chłopaka. – Za koniec wojny – powtórzyła
za Ślizgonem.
- Za koniec wojny – powiedział
Harry.
Wypili.
Hermiona skrzywiła się strasznie. Draco widząc to zamówił kolejkę dla każdego –
W końcu jakby nie patrzeć, to uratowaliście mi życie z Wieprzlejem.
- Jak śmiesz?! Ty niewdzięczny…
- Daj spokój Hermiono, to Malfoy,
chyba nie oczekujesz, że będzie nagle miły?
- Może i nie, ale nie pozwolę na
to, by obrażał Rona!
- Na jaja Merlina, Granger weź
wyluzuj. Bruderszafcik?
- Wolałabym pocałować sklątkę w
tyłek, niż cię dotknąć, fretko. – powiedziała zdegustowana tym niedorzecznym
pomysłem.
- Jak chcesz, ale nie wiesz co
tracisz –rzucił uśmiechając się szelmowsko.
- Pijemy! – krzyknął Harry, zanim
Hermiona zdążyła rzucić się Malfoyowi do gardła.
Dziewczyna
zauważyła, że Harry postanowił spędzić tu więcej czasu. Z Malfoyem. Rozsiadł
się wygodnie i nie wydawało się, by przeszkadzało mu towarzystwo w jakim się znalazł.
Wręcz przeciwnie, toczył ze Ślizgonem zażartą dyskusję na temat jakichś
quiddiczowych bzdur, czy innych pierdół. Szczerze mówiąc, nie miała pojęcia o
czym rozmawiali i zaczęła się nudzić. Dawno straciła wątek i nawet nie
probowała go odszukać, sadząc, że chłopcy nadal rozmawiali o miotłach i
kafelkach. Nie chciała jednak przerywać Harry’emu, bo dawno już nie widziała go
w tak dobrym humorze. Przyda mu się
trochę rozerwać – pomyślała, dopijając kieliszek i zamawiając sobie
kolejny. - Ta Ognista Whiskey nie jest
wcale taka zła, w sumie da się przyzwyczaić – kontynuowała swój wewnętrzny
monolog – jest lepsza niż wino z wesela
Billa i wcale nie taka mocna.- Chcesz porozmawiać z kimś inteligentnym,
gadaj ze sobą dziewczyno – zaśmiała
się pod nosem.
Chłopcy
spojrzeli na nią dziwnie, co wprawiło ją tylko w jeszcze lepszy nastrój.
- Granger, dobrze się czujesz? –
zapytał Malfoy z udawaną troską.
- Idealnie – odrzekła lekko
sepleniąc – przynajmniej dopóki się do mnie nie odezwałeś.
- Hermiono… – jęknął Harry, którego głos również się łamał.
Nie
mogła zrozumieć, dlaczego Harry broni tego narcystycznego idioty. Już miała na
końcu języka ciętą ripostę, gdy zachciało jej się do toalety. Zerwała się z
miejsca, zakołysała i pochyliła nad Malfoyem wymiotując wprost na jego spodnie.
- Myślałam że zdążę – powiedziała
uśmiechając się lekko – chociaż… tak jest nawet lepiej. – Zamyśliła się – zasłużyłeś
sobie wiesz?
Wydawało
się, że całkiem spokojnie to przyjął… przynajmniej dopóki nie wybuchnął. –
Obrzygałaś mnie! Cholera na serio to zrobiłaś!
Barman
przerwał mu, zanim zdążył się do końca rozkręcić – Dobra gówniarze, zabierać mi
się stąd. Nie umiecie pić to wypad – krzyknął rozeźlony.
- To wszystko twoja wina,
Granger! – syknął Malfoy, gromiąc ją wzrokiem.
- Możemy chociaż wziąć coś na
wynos? – wtrącił, dość przytomnie, Harry.
- Nareszcie jakieś dobry pomysł –
rzucił Malfoy, czyszcząc spodnie zaklęciem. – Weźmiemy od razu dwie butelki.
- Weźcie lepiej panienkę pod
ramię - Mężczyzna podał im trunki po czym wskazał drzwi.
-Ejże, tylko nie panienkę – zbulwersowała
się Gryfonka.
- Już się tak nie unoś laluniu,
to nie ty zostałaś właśnie obrzygana – rzucił złośliwie Draco, chwytając ją pod
łokieć.
Hermiona
wyrwała mu się, zachwiała i uwiesiła na Harrym, który załamał się lekko pod
niespodziewanym ciężarem.
- Zabieraj swoje obślizgłe
łapska… Ty.. Ty… Ślizgonie! – rzuciła, jakby to była najgorsza obelga na jaką
było ją stać. – I nie mów do mnie laluniu!
- Wiesz co Potter, lepiej zabierz
ją już do łóżka. Wyraźnie ma dość na dzisiaj. Ja zaopiekuję się tymi cudeńkami
i poczekam na Ciebie pod Wrzeszczącą.
- Tylko zostaw coś dla mnie –
powiedział i odszedł z nadal wygrażającą się Malfoyowi dziewczyną.
Harry
zaniósł Hermionę do ich wspólnego pokoju. Co nie było wcale łatwe, bo
dziewczyna zataczała się dość mocno. Poza tym często przystawała po drodze i
zadawała mu dziwne pytania. Zatem gdy doszli na miejsce, był już tak zmęczony,
że padł obok niej na łóżko nie
przebierając się nawet w piżamę. Malfoy zaś, już po dwóch minutach znudził się
czekaniem, zabrał butelki i teleportował się do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz